Z Henrykiem Zasadzińskim, właścicielem Zakładu Szkolenia Kierowców„Auto – Mobil” w Międzyrzecu Podlaskim, rozmawia redaktor Marta Muszyńska
Auto – Mobil ma wieloletnią tradycję...
Istniejemy już 17 lat. Zarejestrowaliśmy się 1 lipca 1991roku. Od tamtej pory działamy bez większych zawirowań. Gdy zaczynaliśmy,byliśmy druga szkołą jazdy w Międzyrzecu .
Ilu kierowców przez te lata wyszło z pańskiej szkoły?
Rocznie przeszkalamy około 500 osób. Aktualnie szkolę trzecie pokolenie kierowców. Jeszcze w PZMot-cie uczyłem dziadków. Niektórzy pamiętają, że było dobrze i przyprowadzają teraz swoje dzieci i wnuki.
Dlaczego postanowił pan uczyć jazdy innych?
Chyba jak większość chłopaków, od początku interesowałem się motoryzacją. Pierwsze prawo jazdy zrobiłem 1972 roku, potem były kolejne kategorie. Nauka innych daje mi satysfakcję. Gdyby tak nie było, nie wytrzymałbym tyle lat. To cieszy, gdy mogę komuś przekazać wiedzę, a kursant odniesie sukces.
Tamte kursy bardzo różniły się od tych dzisiejszych.
Jak pan ocenia to z perspektywy lat?
Tego nie można porównywać. Niegdyś szalenie dużo uwagi poświęcało się budowie samochodu. Ta wiedza było niezbędna, bo tamte auta były bardziej awaryjne. Dawniej można było kończyć kurs eksternistycznie. Kilka godzin jazdy i kursant przystępował do egzaminu,który zdawała większość. Obecnie cała procedura robienia prawa jazdy jest o wiele bardziej skomplikowana. Kursanci mają więcej przepisów do opanowania, muszą zaprezentować światła zewnętrzne pojazdu, ale nie muszą już omawiać budowy pojazdu. Ich wiedza ogranicza się do kilku spraw: gdzie wlać olej, jak uzupełnić płyn chłodniczy czy płyn w spryskiwaczu szyb. I to wystarcza. Bo
rozwój motoryzacji poszedł już tak daleko, że kierowca sam nie poradzi sobie z naprawą samochodu. Bardzo ważną sprawą jest perfekcyjne opanowanie techniki jazdy.
Pamięta pan swój pierwszy pojazd?
Zaczynałem się uczyć na Warszawie, nowszym modelu. Pamiętam, że w ośrodku była również Nysa i Warszawa Pickup.
Czy przez te lata zmieniły się relacje: instruktor – kursant?
Bardzo wiele się zmieniło. Dzisiaj relacje te są bardzo przyjazne.
Za moich czasów uczniowi „dostawało się”, gdy nie zauważył jakiegoś znaku, albo gdy zgasł mu samochód. Instruktorzy ganiali kursantów jak młodych żołnierzy.
Może nie byli tacy szorstcy w stosunku do kobiet, bo faktycznie do zapalenia silnika potrzeba było dużo siły.
Jeżeli źle trzymało się za korbę, to można było połamać sobie palce. Dziś już instruktorzy tak nie reagują.
Po prostu nie można i nie wypada być aroganckim, ani niekulturalnym w stosunku do kursanta. Musimy zachowywać się tak, by każdy był zadowolony i z chęcią oraz przyjemnością przychodził nanastępne zajęcia.
Kogo woli pan szkolić – mężczyzn czy kobiety?
To chyba nie ma znaczenia. Jest wiele kobiet, które mają smykałkę do jazdy i „łapią” bardzo szybko. Niektórym idzie trochę bardziej opornie.
Najważniejsze, by w ludziach była chęć do nauki.
Nigdy nic na siłę.
Czyli nie zgadza się pan z powiedzeniem, że „baba za kierownicą wróży nieszczęście”?
Myślę, że kobiety jeżdżą ostrożniej. Nieszczęście to raczej młodzieńcza brawura. Często młodzi kierowcy popisują się przed znajomymi.
Raczej rzadko spotyka się, by to kobieta jeździła z piskiem opon.
Czy każdy może zostać kierowcą, czy raczej trzeba mieć do tego predyspozycje?
Mówi się, że dobry instruktor z każdego zrobi kierowcę. Są jednak ludzie, którzy mają do tego zdolności, szybciej wszystko opanują. Jest też odsetek ludzi, którzy potrzebują więcej godzin by opanować jazdę. Są i tacy, którzy po „utartych szlakach” jeżdżą bezbłędnie, ale nie radzą sobie w sytuacjach trudnych, nowych.
Mieliśmy w swojej historii instruktora, który kursantce po kilkunastu godzinach jazdy poradził, aby dala sobie z tym spokój, bo to strata pieniędzy i czasu.
Wróciła urażona. Wyjeździła około 80 godzin ,ale miała przez długi czas problemy ze zdaniem egzaminu, mimo, że kiedyś zdawało się o wiele łatwiej.
Można nauczyć kultury jazdy?
W jakimś stopniu na pewno tak. Można wpoić pewne zasady. Wiele zależy od instruktora, on przecież jest w pewnym sensie autorytetem. Jeśli sam świeci przykładem i nie daje powodów do niekulturalnego zachowania na drodze. Kultura jazdy, tak jak kultura bycia jednak siedzi gdzieś głęboko w środku nas.
Jakim kierowcą jest Henryk Zasadziński?
Chyba nie bardzo różnię się od innych kierowców. Nie jestem święty. Czasami zdarza mi się mocniej przycisnąć pedał gazu. Jednak zdaję sobie z tego sprawę, że mi jako instruktorowi, nie wypada łamać przepisów.
W bialskim WORD egzamin zdaje 30 proc. podchodzących do egzaminu. Często słyszy się opinię, że to wina ośrodków szkolenia...
Nie obwiniał bym egzaminatorów, ani instruktorów. Uważam, że to sprawa wrodzonych predyspozycji kursanta i jego psychiki, odporności na stres związany z egzaminem państwowym. Kiedyś warunki zdawania egzaminu były o wiele prostsze.
Egzamin zdawało się na tym samochodzie, na którym odbywało się szkolenie, a obok zdającego siedział instruktor, co w dużym stopniu rozładowywało stres. Dzisiaj wymogi te są bardziej rygorystyczne i sądzę, że ciągle będą rosły, ze względucna duże natężenie ruchu i ogromną liczbę wypadków.
Kamera i mikrofon w samochodzie egzaminacyjnym na pewno też nie wpływa pozytywnie na zdającego. My ze swojej strony staramy się zapewnić osobom szkolonym jak najlepsze warunki. Szkolimy na nowych, takich samych jak w ośrodku egzaminowania pojazdach.
Sala wykładowa wyposażona jest w nowoczesne pomoce dydaktyczne. Posiadamy dwa pełno wymiarowe, utwardzone place manewrowe.
Zatrudniamy doświadczonych wykładowców i instruktorów.
Czy kursanci odzywają się do pana po zdanym bądź niezdanym egzaminie?
Tak. Jeśli wynik jest pomyślny to przybiegają szczęśliwi. Jeśli nie, są smutni, ale opowiadają co im nie wyszło.
Instruktor musi być niebywale cierpliwy. Czy kiedykolwiek puściły panu nerwy?
Jestem raczej opanowany i cierpliwy. Staram się zrobić wszystko co w mojej mocy, aby każdego nauczyć jeździć. Zdarzają się sytuacje nerwowe, kiedy kursant świadomie nie stosuje się do przepisów ruchu drogowego.
Zdarzyło się, że kursant „podniósł panu ciśnienie”?
I takie sytuacje zdarzają się, lecz tych niesfornych kursantów staram się szybko poskromić.
Pana zawód jest szalenie odpowiedzialny.
Tak, praca instruktora to ciągłe napięcie. Non stop trzeba być skoncentrowanym. Myśli się za kursanta, jest się za niego odpowiedzialnym.
Na szczęście jeszcze nic złego nikomu się nie stało.
Więc jaką formę relaksu preferują instruktorzy nauki jazdy?
Codzienne siedzenie w aucie jest męczące. Poza okresowymi wypadami na urlop, na pewno odpoczynek na działce, ryby, rowerowe przejażdżki...
Absolutnie nie jazda samochodem. Jeżeli instruktor nauki jazdy chce odpocząć omija auto szerokim łukiem.
Czy w waszej szkole są braki kadrowe? Czy trudno jest znaleźć odpowiedniego instruktora?
Na ogół nie mamy większych braków kadrowych, lecz jesteśmy otwarci na propozycje dobrych instruktorów z pełnym zakresem uprawnień.
Tak, jak we wszystkich zawodach, dobrych fachowców jest zawsze za mało.